Bukiety jarzębiny na zajezdni autobusowej.

picmonkey-collage

Jesień w Krakowie czaruje za dnia liśćmi spadającymi na głowy jak konfetti. Wieczory przechodzą w ciche litanie kropel deszczu o dachy. Chodniki z wolna wilgotnieją, a koty wychodzą spod samochodów i otrząsają mokre łapki. Czytaj dalej

Konik na sprężynie, czyli o cechach dystynktywnych miast.

Dobczyce

/ fot. Dobczyce, woj. małopolskie

Zawsze żyłam w mieście, obudowana betonem. Prawdopodobnie dlatego nigdy nie marzyłam o własnym domku z białym płotem i doniczką pelargonii na ganku, znanym tylko z kinowego ekranu. Zamiast ganku z pelargoniami miałam staruszkę z naprzeciwka, która na klatce schodowej hodowała kaktusy w pojemnikach po margarynie. Czytaj dalej

Spacer po Fiodora.

Constanta

/ fot. Constanța, Rumunia

quotationConstanța jest przede wszystkim znana z kasyna. Zbudowane na początku XX wieku w stylu Art Nouveau jest położone nad samym Morzem Czarnym. Po pożarze kasyno w środku popadło w ruinę i obecnie można je co najwyżej obfotografować z zewnątrz albo kupić na molo kartkę z jego podobizną. Czytaj dalej

Ocet i cekiny, czyli autostopem po Rumunii.

IMG_20160405_073537

Wschód nad Tigerem.

Kiedy myślę o wschodzie stają mi przed oczami letnie sesje na uczelni. Dogasający czerwiec, noce w czyimś mieszkaniu studenckim, energizery zagryzane płatkami śniadaniowymi. Opuszki palców przybrudzone kolorowymi zakreślaczami. Prawie jak na ASP. Ale to nie ASP, tylko filologia. I wschody słońca, które ogłaszały koniec nauki i zwiastowały egzamin. Przemywaliśmy twarze zimną wodą i szliśmy na egzamin. Z minami świadczącymi o stanie wiedzy.

W jeden z takich przedegzaminacyjnych wieczorów w ramach niekończących się prokrastynacji, między jednym tigerem a miską winogron wpadłyśmy z Dominiką na pomysł, żeby po sesji pojechać na wschód, do Rumunii. Na lektorat chodziłyśmy, miałyśmy szansę się dogadać. Czytaj dalej

Dwie walizki. Dwa lata.

Znałam ludzi, którym nie myliła się sukienka ze spódnicą, ale nie odróżniali północy od południa i takich, którzy zamiast obrusu mieli na stół narzuconą mapę świata. Oznaczali kręgami z wina miejsca, które chcieliby odwiedzić. Dziś piszę o podróżnikach, których spotkałam odkąd zamieszkałam w Krakowie.

Mieszkałam kiedyś z dziewczyną, która była dowodem na to, że Photoshop mógłby nie istnieć. Miała długie blond włosy, które codziennie pieczołowicie zakręcała na prostownicy. Umiała wyrzeźbić je w sprężyste i gładkie fale. W szafie wszystkie bluzki miały bufki, a sukienki były przed kolano. Spódnice – tylko ołówkowe, a spodnie – cygaretki. Szafa była z Ikei i pękała w szwach, bo szwów miała mniej bufki na bluzkach. Czytaj dalej