Znaki wodne.

Był piątkowy wieczór. W kalendarzu Maj. Ale w powietrzu wisiał późny listopad. Powietrze było nabrzmiałe deszczem jak żabi brzuch. Brzuch miał lada moment pęknąć, wylewając na Krakowian i innych przygodnych odwiedzających strumienie zastałego od trzech dni deszczu. Wzdrygałam się na samą myśl takiej ponurej atmosferycznej katastrofy.

Jechaliśmy do Rabki. Wcelowaliśmy w ostatniego busa w tamtą stronę. Skuliliśmy się pod dworcowym daszkiem, w oczekiwaniu na deszcz i na busiarza. Busiarz był pierwszy. Był to mały lokalny triumf człowieka nad Bogiem. Czytaj dalej

Inhalatorium. Prewencja tężca wspierana przez Batmana.

Sobota. Jesteśmy w Rabce. Idziemy do tutejszej tężni, czyli wbrew temu, na co nazwa wskazuje, nie do miejsca prewencji tężca, ale ogólnodostępnej przestrzeni leczenia dolegliwości dróg oddechowych. Solanka skapuje z gałązek tarniny, wydzielając chłodną, podobną do zapachu morza woń. Biorę Florkę za rękę. I mówię jej: wdychaj. Wdychaj. Kiedy okazuje się, że to nie takie proste.

Florka ma wrodzony zespół utrudniania najprostszych czynności, potocznie nazywany wznukiem (od akronimu WZUNC). Ludzie chodzą wokół gałązkowej tężni. Sobotnio. Statecznie. Krok za krokiem. Wszyscy w jednym kierunku. Kierowani pobudkami stoicko-zdrowotnymi. Florka biega między nimi slalomem. Jakby chciała udowodnić, że nie tylko zwinne wyżły mogą sprawnie lawirować między nogami ludzi, ale równie dobrze niespełna czteroletnie dziewczynki. Czytaj dalej

Kieszenie szczęścia.

Od grudnia zawsze powtarzałam z dumą, że nasza choinka wciąż stoi. I że się z niej nie sypie. Tak było w istocie. Choinka z Obi. Historia zakupu tutaj. Igły trzymały się jak przyklejone. Do tego stylowe, metalowe wiadro z Mikołajem. Po świętach i po przeprowadzce, które zbiegły się ze sobą i ze spadnięciem śniegu ja przeprowadziłam się na Mistrzejowice, a choinka na Mistrzejowicki balkon.

Dziś rano wyszłam na balkon, sprawdzić, jak wygląda tegoroczna wiosna. Przeciągnęłam ręką po gałązce. Nie osypała się ani jedna igła. Spojrzałam na choinkę. Była sino-zielona. Połowa gałęzi zwisała smętnie do dołu. Niespodziewany uwiąd. Czytaj dalej

Po pachy w śniegu. Po szyje w eksrementach. Sylwester 2015.

Śnieg sypie w twarz. Rajstopy gryzą w uda. Drapie metka od czapki. Łyk pigwowego Soplicy. Miłe ciepło wzdłuż przełyku. A naokoło – ziąb i miernota meteorologiczna. Idziemy na Turbacz przez śnieg tak wysoki, że nawet nas z niego nie widać. Zachciało się Sylwestra w górach, na łonie natury. A że łono natury przywalone śniegiem, to weź bądź tu mądry.

Na Turbacz idziemy od strony Rabki. Wiadomo, najdłuższa droga. Co się będziemy oszczędzać. Czytaj dalej