Raz, dwa, trzy. Kaizen wymyślasz ty!

beng

/ fot. biurowe różności

Pamiętam swoją pierwszą korporację, pierwsze przejście przez bramki, pierwsze odkliknięcie karty gościa w windzie, pierwszy widok z siódmego piętra. Oddech poleciał gdzieś nad Kraków, w chmury, a nogi na szkolenie. Czytaj dalej

Republika Zielonego Przylądka na Powstańców Wielkopolskich.

P6180020

/ fot. Dziećkowice

quotationKtóregoś wtorku przyszła do korporacji przed szóstą. Potrzebowała wyjść z biura koło czternastej, a akurat nie miała nadgodzin do odbioru. Open space był opustoszały jak po epidemii cholery. Światła pogaszone, rolety szczelnie zasunięte. Usiadła przed komputerem i usłyszała cichuteńkie poćwierkiwanie ptaków. Kiedy zaczęła wsłuchiwać się bardziej w pozorną ciszę open space’u, udało się jej wyłowić z niej dźwięk wody, jakby spływającej po skałach. A potem jeszcze szum wiatru, jakby w liściach. Zaciekawiona podeszła w stronę drukarek, zza których dobiegały dźwięki korpo puszczy. Zobaczyła chłopaków z działu IT śpiących pokotem na biurkach, z nitkami śliny kapiącymi na podkładki pod myszki. Pośrodku tego osobliwego korporacyjnego dormitorium stał laptop z włączoną ścieżką relaksacyjną Tybet Forever. Czytaj dalej

Dmuchane lalki.

IMG_20160329_080927

Dłonie złożone na formularzu na stole, jak do modlitwy. Na paznokciach staranny francuski manikiur, to już ostatnia odsłona. Zaraz opadnie kurtyna i wszystkie znane głowy ukłonią się zamaszyście jak cyrkowcy. Po przedstawieniu kilka podpisów, zamiast na zdjęciach – na formularzach. Alicja liczy oddechy, zaciska mocniej wstążkę na kucyku i przygryza dolną wargę.

Na open spejsie zmęczone boksy. Nawet nie chce mi się przewijać do wcześniejszej piosenki, słucham węgierskiej reklamy twarogu, które korporacyjne wifi wrzuca mi co piosenkę na youtubie (cena darmowego internetu, niewygórowana, lingwistyczna). Mlaszczę z niedowierzaniem, że węgierski to prawdziwy język i roztapiam się z Grimes w oniryzmie jej ,,Go”. Czytaj dalej

Czekolady i głuche telefony.

kazimierz

Nie ufał ludziom, którzy po podpisaniu umowy o pracę na czas nieokreślony dwa tygodnie później przychodzili z wypowiedzeniem w kieszeni. Szli jak w dym, gdzie im dano więcej. Uśmiechał się, kiedy nie wiedział co powiedzieć i kiedy psuła się drukarka.

Przynosił koleżankom z pracy czekolady na najdrobniejsze okazje. Kiedy przeczytał na wyświetlaczu w tramwaju, że dziś imieniny Agnieszki, Aga dostawała czekoladę z Oreo. Kiedy był międzynarodowy dzień uścisków, każda dostała po Ferrero Rocher. Ogólnoświatowy dzień uznania dla wiewiórek też wpadł do jego kalendarza słodkości. Czytaj dalej

Papier, palce, deszcz.

Szelest papieru. Białe, twarde kartki, po których można przesuwać palcami jak po klawiszach pianina.

Dźwięk przesuwanego po papierze palca jak dźwięk palca malującego smugi deszczu na szybie. Jedna kartka, druga kartka, trzecia kartka, stos. Palce na szybie. Na zewnątrz pada liśćmi strąconymi z drzew i deszczem. Deszcz dudni o szyby jak przebiegający galopem koń. A papier jest przyjemnie suchy i ciepły. Taki pozostaje, daje poczucie bezpieczeństwa. Każde zgięcie kartki jest jak eksperyment i pożegnanie statusu quo. Jeszcze jedno zgięcie. I kolejne. Nie ma kartki papieru. Jest łabędź. Biały, sprężysty, pręży się na biurku. A zaczęło się od przechadzki do drukarki.

Czytaj dalej