Pejcz, karabin i Biały Lew, czyli weekend we Lwowie.

P4150149i

/ fot. Lwów

quotationStaniki. Koronkowe, muślinowe, bawełniane, w kwiatki i kraciaste. Zwisają z potężnych haków przytwierdzonych do sufitu, prawie muskając nas po głowach. Półmrok rozciąga się od ściany do ściany. W lewym rogu ubikacja, w której nad bidetem wiszą płaskorzeźby damskich i męskich narządów płciowych wyrzeźbione z takim umiłowaniem rozmiaru, że półślepy zorientowałby się, z czym ma do czynienia.

Przyjście kelnerki zwiastuje świst biczyka i okrzyki gości przy sąsiednich stolikach. Celuje w miejsce, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę, ale zazwyczaj chybia i wali na ślepo po nerach. Wskazówka zegara jest już tuż przed drugą, ręka nie ta, wzrok mglisty.

Siedzimy w Masoch Café we Lwowie i czekamy na menu. W końcu je dostajemy, oprawione w sfatygowane futerko. Dostajemy też biczem. Znowu po nerach, bo kelnerka nie trafiła. Menu nie przekonuje nas, trochę dlatego, że jest zbyt ciemno, żeby je przeczytać, ale bardziej dlatego, że nie znamy cyrylicy. I choć w każdej innej knajpce we Lwowie stać nas na wszystkie dania z menu od góry do dołu i jeszcze na płaszcz kelnera, tak tutaj ilość hrywien potrzebna do zakupu gulaszu z jąder byka nie mieści się nam w portfelu. Po długich i ciężkich namysłach i jeszcze cięższych batach spadających na nerki, kelnerka stawia przed nami dwa kufle Białego Lwa i oddala się w świście bicza i wśród maślanych spojrzeń męskiej klienteli.

Café Masoch to jedna z ciekawszych pubowych propozycji Lwowa. Leopold Ritter von Sacher-Masoch, pisarz, od którego ekscentrycznego trybu życia pochodzi termin masochizm, urodził się w XIX wieku we Lwowie i przez większą część swojego życia mieszkał przy ulicy Serbskiej 7. Dziś postawiono tu jego pomnik, a za pomnikiem knajpę, w której siedzimy.

Niespokojnie kręcę się na krześle, bo nieopatrznie siadłam na tym z wydrążonym miejscem na męskie genitalia. Moje anatomiczne niedopasowanie daje się we znaki bardziej niż zmęczenie i procenty wymieszane z krwinkami krwi. Goście krzyczą coraz bardziej przeciągle – jak szakale na National Geographic – a kelnerki tylko przekładają bicze z ręki do ręki. Męczy nas psychodeliczny półmrok, w którym ciężko połapać się, którędy do wyjścia, a którędy do sali tortur. Kiedy nie potrafimy się już rozeznać, czy wiszą nad nami staniki, czy stalaktyty, prosimy o rachunek. Kelnerka przynosi but wsparty na niebotycznie wysokiej szpilce, w który wetknięty jest paragon. Wrzucamy hrywny do buta. Wychodząc, dyskretnie wącham, czy but używany, ale pachnie jak prosto z linii produkcyjnej.

P4150109i

Sponiewierani i zbici biczem wychodzimy od Masocha i szukamy alkoholowego szczęścia gdzie indziej. Na ulicy rzuca się nam w oczy kolejka potężna jak po mięso za PRLu. To kolejka do wejścia do Kryjiwki (Kryjówki), pubu, który rozciąga się w piwnicach pod lwowskim rynkiem. Pomimo sporej wielkości pubu okazuje się, że zawsze trzeba odstać swoje w kolejce. Do pubu wpuszcza żołnierz, któremu, mimo tego, że nie jest głuchy, trzeba krzyknąć na całe gardło: „Sława Ukrajini!”. Wtedy dobywa z kieszeni munduru metalowe kielonki z kolekcji fajansu kuchni polowej i polewa jakąś mdląco-słodką wiśniówkę. Przełykamy w milczeniu. Schody w dół są wąskie i strome, ale wiśniówka dopiero spadała na dno żołądka i nie zdążyła się jeszcze wybić do zwojów mózgowych – schody są więc do pokonania.

Pomimo kłębiącej się kolejki na górze, na dole okazuje się, że Kryjówka wcale nie jest przepchana ludźmi. Można na spokojnie wybrać jeden z ciężkich drewnianych stołów i zabrać się do studiowania polowej karty dań. Wiele z proponowanych tutaj rarytasów to wiktuały kuchni polowej, a więc głównie smażone naprędce kiełbasy zalane w gęstych sosach różnej maści, podane z grubą pajdą chleba. Zamawiamy zapiekankę ziemniaczano-wszelaką, która wjeżdża na stół w akompaniamencie blaszanej zastawy. Przełknąwszy ostatni kęs zapiekanki, aż chce się schować blaszane miski i talerze do plecaka – byłyby jak znalazł na weekend pod namiotami na Mazurach.

Około północy gaśnie światło i zaczyna się inscenizacja pola walki. Pech chce, że akurat jestem w łazience, kiedy spadają na mnie egipskie ciemności. Dobywam telefonu komórkowego niczym świetlnego miecza i w ten sposób udaje mi się znaleźć rygiel i wydostać przybytku. Kelnerzy w żołnierskich mundurach i ciężkich wojskowych butach biegają tymczasem w tę i we w tę, krzycząc „Sława Ukrajini!”. W ogólnym galimatiasie rozbrzmiewają wystrzały sztucznych pistoletów, które mają jednak taką skalę dźwięku i tak imponujący huk wystrzału, że na moje niezaznajomione z wojną ucho, mogłyby spokojnie ujść za prawdziwe. Ukraińcy z sąsiednich stolików wstają, wznoszą toasty z blaszanych kielonków i zamaszyście salutują żołnierzo-kelnerom.

Kiedy męczy już nas picie w rytm salw z karabinów, wymykamy się z Kryjówki i wracamy na poziom zero miasta. Kierujemy się jeszcze do Domu Legend. To kolejny tematyczny pub, który rozciąga się na kilku piętrach ogromnej wieży, z której widać, jeśli nie całe, to spokojnie jego trzy czwarte. Tutaj królują zakochane pary, przytulające się pod kraciastymi kocami (na wieży wiatr smaga gośćmi na prawo i lewo). Na stolikach rozsiadły się jabłkowe strudle w towarzystwie lampek białego wina. Siedliśmy prawie na najwyższej kondygnacji, żeby móc zaczerpnąć nieco świeżego powietrza po duchocie i zapachu śrutu z Kryjówki.

P4160303i

Za chwilę wjeżdża nasz strudel w akompaniamencie lampek wina, ale i tu nie będzie nam dane zjeść w cichości koca i stolika. Do ściany, przy której stoi nasz stolik dobudowany jest wielki metalowy lejek. Ludzie siedzący o kondygnację wyżej zaczynają zawody, komu uda się wrzucić więcej monet do lejka. Ciskają brzęczące hrywno centy trochę po omacku, trochę po pijaku. Co drugi hrywno cent trafia nas w głowę, a rzęsisty deszcz drobnych monet ląduje na stoliku. Dojadamy strudla, nie gryząc już jabłek. Wybiegamy z wieży z guzami na czole jakbyśmy siedzieli nie w pubie, ale w pszczelim ulu. Kieszenie mamy za to ciężkie od ukraińskiej mamony.

Zużyci weekendem i dobrze już obeznani z okolicznymi pubami następnego ranka wsiadamy do BlaBlaCara i kierujemy się do ojczyzny. Ale i tutaj nie ominie nas element z alkoholowego życia Ukrainy. Taras, kierowca nie zdąża zatrzasnąć za sobą drzwi, a już uderza w autopeany, ile to wypił ubiegłej nocy. Przyszło kilku kolegów, wzięli ze sobą Białe Lwy. Poza Lwami na imprezie był też pies Tarasa, buldog francuski, chociaż tak naprawdę ukraiński. Po dłuższej chwili nieobecności czworonóg wraca ze zwisającym z pyska truchłem psa sąsiada.

Nitki śliny znaczą wzorki na dywanie. Taras i koledzy od razu trzeźwieją, przychodzą do siebie i po rozum do głowy. Dwóch najtrzeźwiejszych przeskakuje przez płot, podczepia starmoszone truchło pod łańcuch pod budą i wraca pić. Rano sąsiad przestraszony bardziej niż Taras. „Panie” – mówi – „wczoraj zakopałem psa, bo kuny zadusiły, dziś wstaję, pies wisi na łańcuchu”. Dojeżdżamy do granicy w przeświadczeniu, że picie na Ukrainie jest magiczne, ale tak po prawdzie, to dobrze, że Puszek został u Babci.

Artykuł dostępny w magazynie FUSS, numer ,,Hera, Koka, Hasz…”, XVIII 2016.

Zdjęcia lwowskich pubów albo z lwowskich pubów. Lwów, kwiecień 2016. Więcej zdjęć tutaj.

3 myśli na temat “Pejcz, karabin i Biały Lew, czyli weekend we Lwowie.

  1. bfcb

    Pełna wrażeń podróż kulinarna i ciekawy opis! Zmieniłbym cyrylicę na grażdankę, zmieniłbym „gulasz” na „potrawkę” i „zapach śrutu” w Kryjówce, na „zapach prochu”. Aaa i jeszcze usunąłbym „krwi” z połączenia z krwinkami. Ale Białego Lwa to bym się napił. I poczytał z przyjemnością opisy kolejnych knajpianych wojaży. Historia z psem – prima!

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s