Biła Nicz i Biały Lew, czyli (po)smaki Lwowa.

lwow biale noce

/ fot. Lwów

quotationWieczorem miasto miało posmak chmielu, kiedy Biały Lew mieszał się nam na ustach z Biłą Niczą (Białą Nocą). A kiedy już woleliśmy widzieć piwa ustawione rzędem na półkach za barmanem niż odkapslowane na naszym stoliku, szliśmy do sushi baru, gdzie za kolejne 60 hrywien można było zajeść nawet najcięższą gastrofazę rolkami Futomaki.

– Jaki smak?
– Miętowy  – krzywię się potężnie, bo guma do żucia jest za ostra. Spoglądam na gołębie – przechadzają się leniwie po wieżach Mariackiego, odbijających się w kałużach. Włosy pachną mi tanim grillem, bo właśnie wyszłyśmy z Bobby Burgera. Basia ma zarzucony na siebie wielki szal z etnicznym wzorem. Tak wielki, że mogłaby w nim schować cały Kraków. Papierki po gumie do żucia szeleszczą mi w kieszeni.

A jaki smak miał Lwów?

Pierwszy smak, jaki kojarzę za Lwowem to smak śliny, którą przełykałam z głodu, godzinami tkwiąc na przejściu granicznym niczym znak drogowy. Potem smak przygody, kiedy przejechaliśmy już obydwa przejścia i zbliżaliśmy się do celu, ale i do kresu sił. Pani Halina z przedniego siedzenia BlaBlaCara wetknęła nam w ręce po słodkim ukraińskim Irysie, powiedziała, że zbiera pudełka od zapałek i że ma największą kolekcję na całej Ukrainie. Chwilę krótszą niż jedno skrzyżowanie pogrzebała w torebce i wyjęła wizytówkę. Obok kilku słów sklejonych niezborną czcionką widniał ogromny mamut. Niespecjalnie odgadliśmy, dlaczego. Wysiadła dziesięć minut przed nami, a miasto wessało ją jak wielka trąba kolorów i słów poukładanych z cyrylicy.

Następnego ranka Lwów miał smak amerykańskiego śniadania w starym barze na rogu, gdzie za 60 hrywien (około 9 złotych) można było zjeść jajecznicę z trzech jaj na boczku, a całość zwieńczyć kromką chleba przesmarowaną oldschoolową marmoladą.

Wieczorem miasto miało posmak chmielu, kiedy Biały Lew mieszał się nam na ustach z Biłą Niczą (Białą Nocą). A kiedy już woleliśmy widzieć piwa ustawione rzędem na półkach za barmanem niż odkapslowane na naszym stoliku, szliśmy do sushi baru, gdzie za kolejne 60 hrywien można było zajeść nawet najcięższą gastrofazę rolkami Futomaki.

Rano Lwów smakował słońcem rozlewającym się na naszych zaspanych twarzach i walającym się po poduszce jak złote odłamki lata. Oczy jeszcze sklejała ubiegła noc, a żołądek obstawiony od ściany do ściany rolkami sushi, nie ponaglał do wstawania.

Zmęczony Lwów smakował zaserwowanym naprędce ukraińskim hot dogiem, czyli bułką z krwistą kaszanką, ogórkiem kiszonym i sadzonym jajkiem. Odbijał się do południa.

Szybkie poranki trącały też głębokim smakiem soków Galicja, a powrót na przejście graniczne sklejał powieki i dawał sen szyby niż zapomnienie.

– Ile byliście?
– 4 dni.
– To super.
– Na więcej nie starczyło urlopu – wypluwam gumę w papierek, bo usta mam już znieczulone od sztucznej mięty. Zegar na Ratuszu wybija koniec przerwy, czas wracać do korporacji.

Polecam Lwów wszystkim entuzjastom i tym, którzy jeszcze nie wiedzą, że się nimi staną.

| Więcej zdjęć ze Lwowa tutaj.

5 myśli na temat “Biła Nicz i Biały Lew, czyli (po)smaki Lwowa.

  1. Arcydzielna

    Świetna gra słów ;) może mało dla mnie typowo „lwich” smaków ale chciałabym tak ładnie to opisać ;D
    Do Lwowa strasznie chciałąbym pojechać, bo jeszcze nie miałam okazji. Zdjęcia wyglądają zachęcająco :)

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s