Dmuchane lalki.

IMG_20160329_080927

Dłonie złożone na formularzu na stole, jak do modlitwy. Na paznokciach staranny francuski manikiur, to już ostatnia odsłona. Zaraz opadnie kurtyna i wszystkie znane głowy ukłonią się zamaszyście jak cyrkowcy. Po przedstawieniu kilka podpisów, zamiast na zdjęciach – na formularzach. Alicja liczy oddechy, zaciska mocniej wstążkę na kucyku i przygryza dolną wargę.

Na open spejsie zmęczone boksy. Nawet nie chce mi się przewijać do wcześniejszej piosenki, słucham węgierskiej reklamy twarogu, które korporacyjne wifi wrzuca mi co piosenkę na youtubie (cena darmowego internetu, niewygórowana, lingwistyczna). Mlaszczę z niedowierzaniem, że węgierski to prawdziwy język i roztapiam się z Grimes w oniryzmie jej ,,Go”. Szczelniej otulam się szalem, bo po piętnastej włączają dmuchawę, nie ma zmiłuj się, nie może być duszno, wtedy pracownik staje się rozlazły i analizuje faktury wolniej, łagodnieje, nie musztruje Hindusów, kiwa się jak dmuchana lalka w tanim sex shopie. Aleks podsyła na korpo czacie link do tatuażu. Otwieram, kiwam głową w takt Grimes. Pół wilka pół lwa, trzeba się realizować, podpisywać, znaczyć teren. Dorota pisze na messengerze, że przylatuje jej chłopak z Londynu i prosi o przepis na pastę z pistacji i pesto.

W kuchni walają się resztki po pożegnalnym cieście, tak drogim, że aż zęby bolały. Gouse, Hindus od księgowania faktur, pisze, że nie zaksięguje dziś azjatyckich dostawców, bo go nie przeszkolili. Siedzi sam w firmie, jest jakieś święto, jednego z tysiąca hinduskich bogów. Bóstwo ma głowę słonia i dziewięćdziesiąt procent hinduskiej korporacji dostaje wolne, żeby móc tę głowę kontemplować. Gouse jest w dziesięciu procentach, nie pracował ostatnio w święto rydwanów i pojechał pociągiem do brata do Bangaluru. Wrócił dwa dni po czasie, bo pociąg miał przestój pod Kurnoolem.

Alicja czeka, bębni paznokciami w blat biurka. Czeka na bilet do swojej krainy czarów. Na palcu serdecznym ma za duży pierścionek z H&Mu w kształcie jabłka, który zgrabnie odwraca uwagę od braku obrączki. Odwraca głowę, a słońce zza okna roztapia się w blond refleksach jej włosów jakby namalował ją Van Gogh. Włosy świeżo spod nożyczek, końcówki jeszcze skrzypią przy kontakcie z bufiastą bluzką. Fryzjerka powtarzała śpiewnie, że niezniszczone i że jeszcze nie trzeba podcinać, ale jak tak przyjść z niepodciętymi w ostatni dzień. Alicja oblizuje wargi. Jest piękna i nieszczęśliwa.

Gouse pewnie skubie cienki, smażony indyjski placek, dłonie ma spocone i nie wie co dalej. Nie mam siły. Piszę Aleksowi, że wilk w pyteczkę i żeby się umawiał. Nie wiem, co napisać Gousowi, więc trzymam go na linii. Obiad leży mi na żołądku jak stary kalosz. Poszliśmy dziś do food trucków, aż pod stację benzynową. Jedliśmy zapiekanki, a przy każdym ugryzieniu na chodnik spadały nam kawałki prażonej cebulki posklejane sosem tysiąca wysp. Sos tysiąca wysp z food trucku to zmieszany ketchup i majonez w proporcji 1:1. Gouse, gdyby dać mu wodę, ocet i chwilę pewnie zrobiłby coś lepszego. Ale Gouse siedzi i biedzi się nad azjatyckimi dostawcami. Nigdy nie płacą się na czas, a faktury upstrzone są piktogramami jak tanim, chińskim konfetti i stąd wiecznie odrzucają je dziewczyny w skaningu.

Aleks pisze, że tatuator nie ma terminów do końca marca, a on nie lubi czekać. Przedramię ma gotowe, kupił już maszynkę, będzie golić włosy, żeby się lepiej tatuowało. Aleks nie będzie czekał, szuka innego studia, konkurencyjnego tatuatora. Piszę, żeby szedł do sprawdzonego, bo losowy konował zamiast wilka zrobi mu osła i trzeba będzie kupować koszule z długimi rękawami. Wyciągam długopis zza ucha, zapisuję na fakturze GL CC i odkładam do szafki. Dorota dobija się na messengerze jak dusza do bram czyśćca. Prawda, przepis. Pesto, pistacje, sok z limonki, serek śmietankowy, oliwa, coś jeszcze.

Alicja kończy kaligrafować swoje nazwisko na formularzu. Wsuwa kartę wejściową w dłoń przedstawicielki zasobów ludzkich. Ta ściska jej dłoń jak martwą rybę. Ostatni dzień to jak napisy końcowe filmu, w którym gra główną bohaterkę. Exit interview okazuje się teatrem jednego aktora, a jedynym widzem jest zapadnięty w sobie dział zasobów ludzkich. W końcu piątek, ludzie zapadają się w sobie ze zmęczenia jak stare fotele. Alicja chowa świadectwo pracy do nowej torebki, przeciągniętej dodatkowo pastą do butów, żeby nie było wątpliwości, że nie z odzysku. Nie wyskakuje żaden królik. Obcasiki stukają aż do hallu, potem wsysa ją winda.

Gouse czeka na werdykt, księgować w ciemno czy nie księgować. Pewnie placek już mu się skończył i bazgrze coś w zeszycie ze zniecierpliwienia. Może nuci sobie coś pod nosem w Hindi, może sprawdza na fejsbuku zdjęcia kuzynek z Delhi. Aleks dzwoni do innego tatuatora, liczy sygnały rozpięte na linii, czeka na połączenie. Dorota wisi na messengerze w nadziei na resztę przepisu. Czekam aż przebrzmi mi przez słuchawki kolejna węgierska reklama. Czekamy. Wszyscy czekamy.

8 myśli na temat “Dmuchane lalki.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s