Ocet i cekiny, czyli autostopem po Rumunii.

IMG_20160405_073537

Wschód nad Tigerem.

Kiedy myślę o wschodzie stają mi przed oczami letnie sesje na uczelni. Dogasający czerwiec, noce w czyimś mieszkaniu studenckim, energizery zagryzane płatkami śniadaniowymi. Opuszki palców przybrudzone kolorowymi zakreślaczami. Prawie jak na ASP. Ale to nie ASP, tylko filologia. I wschody słońca, które ogłaszały koniec nauki i zwiastowały egzamin. Przemywaliśmy twarze zimną wodą i szliśmy na egzamin. Z minami świadczącymi o stanie wiedzy.

W jeden z takich przedegzaminacyjnych wieczorów w ramach niekończących się prokrastynacji, między jednym tigerem a miską winogron wpadłyśmy z Dominiką na pomysł, żeby po sesji pojechać na wschód, do Rumunii. Na lektorat chodziłyśmy, miałyśmy szansę się dogadać.

Zdałyśmy egzaminy, spakowałyśmy plecaki, ufarbowałyśmy włosy na rudo, żeby się lepiej rzucać w oczy z drogi i byłyśmy gotowe.

Podróż za jeden uśmiech.

Za przysłowiowy uśmiech można przejechać Rumunię od Aradu po Konstancę. Zdrowy, w miarę biały uśmiech to tam rzecz rzadka. W Rumunii opieka stomatologiczna jest licha, a do tego kosztowna. Mało kto ma w kieszeni tyle lei, żeby zafundować sobie potrzebny przegląd. Za to na papieroski pieniądz się znajdzie. Szczególnie, że papierosy można w Rumunii kupować na sztuki w kioskach. Sprzedają się lepiej niż rumuńskie codzienniki. Trzy lata temu jeden papieros kosztował 70-80 bani, czyli około tylu samo polskich groszy (rumuński lei i polska złotówka przeliczają się praktycznie w stosunku 1:1). Tak więc słaba stomatologia i dużo tytoniu sprawia, że spotkany na ulicy Rumun raczej nie błyśnie białym zębem. Jeśli już, to prędzej pozłacanym implantem, bo świecidełka i pseudo kosztowności są tam ostatnim krzykiem mody.

Korniszony z Bukaresztu.

Pamiętam, jak dojechałyśmy do Konstancy. To była długa podróż starą dacią z Bukaresztu. Po drodze zatrzymaliśmy się w kilku miejscowościach, żeby porozdawać słoiki z korniszonami krewnym i znajomym. A że Rumun rodzinę ma liczną i dzieli się, czym ma, postoje były długie i częste. W przerwach na wizytowanie rodzin siedziałyśmy z Dominiką z tyłu samochodu i pogryzałyśmy ogórki prosto ze słoika. Ogórki z octu to była niewielka pociecha w 30 stopniowym upale w dacii, która o klimatyzacji wiedziała mniej niż starożytny Egipcjanin o lodówce. Ale nie mogłyśmy nie skorzystać z dostępnego rarytasu, bo obraziłybyśmy rumuńską hojność i gościnność.

Ocet i cekiny.

Na miejsce dojechałyśmy z opuszkami palców pachnącymi octem i z kawałkami koperku między zębami. Przed nami rozciągała się Konstanca, rumuńska perełka Morza Czarnego. Tak po prawdzie, Konstanca nie rozpostarła się przed naszymi oczami jak skrzydła mewy, bo cały deptak położony w centrum miasta upstrzony był ludźmi poubieranymi tak kolorowo i tak głośno pobrzękującymi biżuterią wszelakiej maści (w głównej mierze była to maść plastikowa), że tłum wyglądał jak krakowscy studenci na pochodzie juwenaliowym. Kobiety miały na sobie za ciasne i za krótkie bluzki z nadrukami rozciągniętymi na piersiach. Szorty krótkie, najlepiej wybielane na ombre i obowiązkowo buty na obcasie wyższym niż próg sklepu. Tymczasem my wysiadłyśmy z samochodu w oversize’owych T-shirtach i krótkich spodenkach, ale na tyle długich, że nie było wątpliwości, że mamy je na sobie. W związku ze stonowanymi kolorami naszego odzienia nikt nie zauważył naszego przybycia.

Konstanca jest bodaj jedynym miejscem na naszej planecie, gdzie na straganach dla turystów lepiej niż magnesy na lodówkę i pamiątkowe kartki sprzedają się dżinsowe miniówki z wydżetowanym napisem „Constanța”. Jako że uprawiałyśmy turystykę tradycyjną, kupiłyśmy po magnesie i pojechałyśmy dalej.

W słupach papieru toaletowego.

Będąc w Rumunii nie mogłyśmy darować sobie zamku Drakuli. Zamek jest położony w niewielkiej miejscowości Bran i nazywa się Castelul Bran, czyli Zamek Bran. Do Branu dojechałyśmy z miejscowości o nazwie Poiana Brașov. Trasa była wyjątkowo malownicza, droga wiła się serpentynami, sama prosząc o robienie zdjęć. Jednak Rumuni chyba nie są czcicielami piękna, bo podążałyśmy 40 minut tą malowniczą serpentyną, zanim na horyzoncie pojawił się pierwszy samochód. Kiedy tylko zobaczył nas na zakręcie, kierowca tak przygazował, że pokryłyśmy się kurzem, jakbyśmy zamiast na objazdówkę po Rumunii, wybrały się na all-inclusive do Egiptu.

Po kolejnych 40 minutach miałyśmy więcej szczęścia, bo następny samochód na nasz widok nie przyspieszył, ale zwolnił. Niestety gość był przewoźnikiem i miał całą ciężarówkę wypchaną po sufit rolkami papieru toaletowego, nie potrafił nam jednak odmówić podwózki. Z ciężkim sercem otworzył tył ciężarówki, jakby otwierał wrota sezamu. Po jego zapewnieniu, że będzie jechał wolno i że to przecież już całkiem blisko, skinęłyśmy głowami i zostałyśmy zamknięte z kolumnami papieru jak w prowizorycznym sarkofagu.

Jako że droga wiła się przez cały czas, rzucało nami na zakrętach jak bokserami po ringu. Co zakręt, to odbijałyśmy się od jednej ściany wyłożonej papierem do drugiej. Gość wyrzucił nas pod zamkiem Drakuli, uścisnął ręce i odjechał dalej, bo spieszył się z transportem.

Krupówki w przeddzień Halloween.

Zamek Drakuli okazał się niewielkim zameczkiem. Tak małym, że ledwo wystawał zza straganów, stoisk, kramików i budek obrastających ścieżkę do zamku. Stragany były bardziej związane z Drakulą niż sam zamek. Można było na nich nabyć wszystko, począwszy od plastikowych główek czosnku, doczepianych wampirzych kłów różnej wielkości, koszulek z Vladem Țepeșem (legendarnym Drakulą) czy fartuszków z nietoperzami. Asortyment jak na Krupówkach w przeddzień Halloween.

Sam zamek w środku jest jak stare muzeum, którego nikt nie ma siły ani ochoty modernizować. Duże, toporne tablice opisujące historię Vlada, który ani Drakulą nie był, ani w zamku nie mieszkał. Zamek był rzekomo jego letnią rezydencją, ale tak naprawdę nie wiadomo, czy nie spał w zamku raptem raz w życiu. Znany ze swoich drastycznych metod eliminowania wrogów poprzez nabicie ich na pal zyskał pseudonim Vlad Palownik.

Przeczytałyśmy wszystkie tablice informacyjne. Przez zamek przeszłyśmy z niemałą ulgą, bo grube mury skutecznie utrzymywały zimno, a na zewnątrz nadal było koło 30 stopni, a skóra z ramion schodziła, same nie wiedziałyśmy czy od szelek od plecaka, czy rumuńskiego słońca.

Pawlacz.

Po miesiącu autostopowania uznałyśmy, że jak na pierwszy raz wystarczy. Wyczerpałyśmy już limit znanych nam rumuńskich słówek, miałyśmy też wrażenie, że wyczerpujemy powoli zasoby rumuńskiej gościnności. Tyle ile napojono nas țuiką, nakarmiono ciastami, kiełbasami, kotletami i ciorbami (zupami), tyle nasze ściśnięte studencką dietą żołądki nie przyswoiły przez ostatnie pół roku.

Rok później, po kolejnej zakończonej powodzeniem sesji letniej, znów poszłyśmy po rudą farbę do włosów do Rossmanna i wyciągnęłyśmy plecaki z pawlacza.

Artykuł dostępny w magazynie FUSS, numer ,,Na Zachodzie bez zmian” (XII 2015).

11 myśli na temat “Ocet i cekiny, czyli autostopem po Rumunii.

      1. haziaj

        To zależy od wielkości lodówki – u mnie np. same rachunki na niej wiszą (kwestia czy lodówka mała czy rachunków tak dużo)… Pisanie do szuflady nie jest złe ale lepsze jest ich wydanie zwłaszcza, ze o Rumunii nie ma za wielu pozycji, a zasadniczo poza „Podróżami w poszukiwaniu diabła” Kruszony to nic;) Nie licząc przewodników ale w nich o ogórkach konserwowych nie wspominają;)

        Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s