Przystanek Młodych Ludzi.

Moje opowiadanie, które wygrało publikację w 11. Międzynarodowym konkursie na najlepsze polskie opowiadanie roku 2015, pod hasłem ,,Obiecaj”.

# 14:23, jedno nieodebrane połączenie, nieznany numer

Dzwoni telefon. Nie czekasz, bo za dużo do doczekania się. Czas pękł jak bańka z płynu do naczyń jakoś koło środy. Odkładasz niespiesznie Żulczyka, bo dobre powieści trzeba celebrować. Głos niski. Krótkie, treściwe zdania. Przerwy tylko na oddechy. Notujesz pospiesznie, jakby dyktowali ci twój własny kardiogram.

Dzwonią plantatorzy kokosów. Zawsze myślałaś, że kokosy to na talerze dla innych. Dla ciebie okazyjnie wiórki kokosowe do jogurtu, ewentualnie Bounty. Masz czego Ci trzeba, a reszty nie trzeba. Tu dzwonią z plantacji, a ty biegniesz jak stoisz, bosa, bez szminki, bez płaszcza, włos jak szalik na wietrze. Biegnie za Tobą jakiś pies co się urwał ze smyczy jak balon ze wstążki. Ale kto by tam patrzył, skoro wiatr we włosach, słońce na niebie i zapach kokosów w powietrzu.

Szkoda tracić okazję, skoro tyle już rzeczy w tym roku straciłaś. Parasolki w tramwajach, rękawiczki Bóg wie gdzie, gumki do włosów. Kiedyś but nawet zgubiłaś, bo kopnęłaś za wysoko. Sąsiad uciekł, but pofrunął. I chociaż w przyrodzie nic nie ginie, to czasem się nie znajduje. Wiatru w polu nie znajdziesz tym bardziej w cudzej piwnicy.

Telefon wilgotnieje Ci w dłoni. Kręcisz głową, bo trochę uwiera Cię zamek sukienki, a trochę rozglądasz się po oczach przechodniów. Na koniec chcesz powiedzieć co innego, ale głos po drugiej stronie się uśmiecha. Powtarza pytanie i zawiesza się na linii telefonicznej. Każdy może mieć mambę.

# 27 czerwca, 30 stopni, wiatr z zachodu, umiarkowany

To chyba była tęsknota za latem, które nie przyszło na czas. Za długo zabawiło pod kwiecistą sukienką wiosny. Bo to co pod sukienkami zawsze intryguje. Nawet jeśli na koniec okazuje się brzydkie, nie warte uwagi i w sumie, to nie wiadomo, co z tym zrobić. Wiosenne kwiaty nudziły mi się już jak za długa wizyta w raju po kresce, dwutygodniowe wczasy all inclusive w egipskim basenie czy przerwa na papierosa z team leaderem, kiedy wiatr w oczy i przez dym nie widać słów.

Zapach akacji dusił mnie jak wąż boa z pyskiem zaklejonym taśmą klejącą, owinięty wokół moich ramion na zdjęciu z polaroidu z kairu. Korpo opłaci wszystko, objuczone egipskie wielbłądy, bilety na papierowe miasta, basen w aqua parku. Chłopcy z działu it chodzą na siłownię na multi sporta jak chodzi się do kościoła albo do biedronki. Na biurkach trzymają białko w proszku o smaku kiwi albo ananasa i jedzą je łyżeczką do herbaty jak dziewczyny z obsługi klienta mielone siemię lniane. Te wierzą w smukłe talie i chude obojczyki, ci w mięśnie od ściany do ściany. Klaty może mają. Nie wiem, ostatnio widziałam w podziemnym kręgu edwarda nortona i brada pitta i chociaż norton jak przecinek, to pita wymyślił i bez niego nic by nie było. Tak jak bez człowieka nie byłoby boga, a bez boga nie byłoby biblii i może parę ludzi byłoby szczęśliwszych, a inni nie mieliby na co narzekać.

Lato się spóźniło, fakt. W końcu wyszło spod spódnicy. Budzę się, a tu trzydzieści stopni. Słońce rozlane na boisku za oknem jak olej na patelni. I miejsca nie ma na żal w sercu, że to już lato, że znowu lato, że ja starsza o kolejną wiosnę. Przysłowiowa synekdocha liczy mi wiek jak aplikacja, a ja wolę liczyć na siebie niż na pamięć i życzenia innych. Bo wszystkiego najlepszego nie starcza nawet do lipca. Gryzę się w kciuk i wstaję z łóżka. Bo bóg albo ktoś inny albo po prostu budzik włączyli już poniedziałek.

# wydarzenie na twojej osi czasu, 3 lata temu, liczba polubień: 87

Niebo spowijają chmury udające deszczowe. Szukam na palecie farby, która oddałaby ten głęboki granat. Sama nie wiem, soczewki jakby nie te, bo wszystkie kolory jak z kołysanki o dwóch kotach. Stoję na ganku z pędzlem w ręku. Stoję bez ruchu jakby mnie samą ktoś namalował. Farba stygnie mi na płótnie jak niesmaczna jajecznica na talerzu. Mam na sobie ogrodniczki w kolorze burzowych chmur. Szkoda, że na palecie nie mogę utrafić w ten odcień.

Ogrodniczki kupiłam z elizą jakieś cztery lata temu w białymstoku. Kiedy jeszcze przyjeżdżałam tam z ciężką i niemodną walizką krakowskich wspomnień, marzeń i snów na jawie. Walizka na kółkach, z promocji z tesco. Wyjeżdżałam z równie brzydką, jeszcze cięższą od przetworów, ogórków z chili, gruszek w occie pachnących bożym narodzeniem, grzybów z podlaskich lasów. Za dużo śniłam, za rzadko zmieniałam soczewki i zdecydowanie za dużo jadałam przetworów.

Chodziłam na wyprzedaże do galerii omegi z elizą kiedy tylko się dało, kiedy przychodził lipiec, kiedy przejadały nam się lody w parku. Ubrania były poprzeceniane o siedemdziesiąt procent. Kupowałyśmy sukienki w duże kwieciste wzory, rozpuszczałyśmy włosy i myślałyśmy, że jesteśmy janis joplin.

Lata dogasały szybko, jak papierosy, które w liceum pospiesznie gasiłyśmy o ścianę garażu na widok wychowawczyni. Wszystko było za krótkie, za krótkie lata, za krótkie włosy, za krótkie przejażdżki rowerowe. Lód na patyku za krótki i kapał po palcach. Nie miałyśmy pojęcia o czasie, bo kiedy spadały liście z drzew, przebierając białostockie planty na jesień, nie potrafiłyśmy ich policzyć.

Facebook i wizaz.pl wybijały jesień, a my wkładałyśmy na siebie przecenione powłóczyste pącza z omegi i czułyśmy się królowymi jesieni, chociaż koronowały nas tylko ulewne deszcze. Dni były obietnicami nowych wydarzeń i spotkań z nowymi ludźmi, których bóg rzucał pod nasze nogi, kiedy przychodził na to czas. To jeszcze był bóg, a nie poranny budzik.

W tamto dogasające lato w jednym ze sklepów znalazłyśmy granatowe, materiałowe ogrodniczki. Ewa długo je oglądała, przesuwała swoje szczupłe palce wzdłuż finezyjnych szwów. Jakbym była malarką i miała własną pracownię, wzięłabym od ręki. Uśmiechnęłam się i wróciłam po nie następnego dnia.

Westchnęłam. Ciemna farba skapywała ciężko na trawę, malując ją w niekontrolowane wzory. Źdźbła trawy uginały się pod ciężarem koloru, którego nie przeznaczyła im natura.

Kotka zwinnie zeskoczyła ze stolika z farbami, niczego nie strącając. Zrobiła koci grzbiet i zamruczała cicho. Wysmukła dachówka o szarym futerku. Nazywała się obiecaj i jej nie było.

# klara, 25 lat, w związku z: daniel przetworski, pracuje w coconut services

Klarę przywiózł dziś do korpo w taczce daniel. Przywiózł ją tak szybko, jakby go nie było, jakby był wyimkiem z didaskaliów jej życia. Nigdy go nie poznałam. Widziałam go, ale nie udało mi się uzyskać nic poza machinalną reakcją gałki ocznej.

Klara była wczoraj przed pracą na usg jamy brzusznej. Wykryli jej kamienie w woreczku żółciowym. Przestraszyła się tak bardzo, że boi się nadmiernie ruszać, żeby nie podrażniać kamieni. Kamienie mają ledwo cztery milimetry i zgodnie z opinią lekarza są to liczne złogi. Klara siedzi drugą godzinę w korpo i mówi, gryząc paznokcie i palce, że zrobiła jednego maila, że myśli tylko o kamieniach. Mówię jej, że jej życie nie zmieniło się po wykryciu kamieni, że czuje się tak samo, że wygląda tak samo, uśmiechałaby się też tak samo, gdyby strach jej na to pozwolił.

Kamień to kamień, to nie koniec świata, w reportażu tochmana ludzie kamienie jedli, co tu się porównywać. U nas w korpo, stała pensja, stać nas na lunch bar na dole, stać nas też na kamienie w woreczku. A ona się boi, że kamieniami i kocimi łbami piekło jest wybrukowane i że umrze na te kamienie. Myli przysłowia, myli dobre rady, a ja nie ufam ludziom, którzy nie lubią kotów.

# tomek, lat 35, rozwiedziony, pracuje w coconut services

Boks naprzeciwko – zespół holenderski. Kiedy dzwoni do nich telefon, odbierają  z szaleńczym błyskiem w oku i rzucają śpiewnie i masturbacyjnie hujen morhen. Tam pracuje tomek, on nigdy nie nienawidził swojej pracy. Nigdy nie dał sobie szansy jej znienawidzić. Jest w firmie już rok i rok konsekwentnie nic nie robi, niektórzy to trzymają się postanowień noworocznych.

Siedzi na onecie, jak można siedzieć na pufie. Podejrzewamy, że jest tajnym korespondentem i tak naprawdę nie outsourcinguje naszego klienta, ale onet jako moderator komentarzy, bo co wychylę się zza ścianki działowej i spojrzę mu w monitor, widzę go skrolującego komentarze. Zawsze komentarze, nigdy artykuły, jakby tam kryły się mądrości świata.

Odkąd jest w korpo, słyszałam dwa słowa z jego ust. Cześć poranne, rzucone z niechęcią przy wejściu jakby z odrazą rzucał brzydką marynarkę na oparcie krzesła. I cześć wieczorne, wyplute z niechęcią jak zużyty pet z ust. Czasami myślę, że tomek jest jedynym z nas, który zdał sobie sprawę z tego, że jest korpo człowiekiem i się poddał. Któregoś ranka wstał, poszedł do łazienki i zdjął sobie twarz przez lustrem, tak, jak można zdjąć rajstopę, wyrzucił do kosza pod białą, skandynawską umywalką, przeciągnął ręką po nowej korpo twarzy, sprawdził naciąg skóry, jakość zarostu, postukał się w kości policzkowe i kości szczęki, opłukał ręce, wyszedł, przyszedł do korpo, rzucił nam z odrazą cześć poranne. Chciałam rzucić się przez okno, pech chciał, że pierwsze piętro.

Tego dnia, kiedy klara siedzi markotna za korpo biurkiem i czuje, jak nowe stonehenge kamienieje jej w woreczku żółciowym, tomek siedzi za biurkiem, leniwy jak co dzień. Jego lenistwo wykwita tego dnia i zamiast brody puszczają mu się z podbródka nawisy pajęczyn. Nie przecieram oczu ze zdumienia.

# penelopa, postać z mitologii greckiej, wierna żona czekająca na odyseusza

Eliza zaczęła pracę w korpo we wrześniu. Przyjechała z białegostoku z ogromną pustą walizką, żeby mieć co napełniać pieniędzmi i z szynszylą, która nazywała się penelopa. Kiedy jeszcze obie mieszkałyśmy w białymstoku nie mogłyśmy znaleźć dla niej imienia. To był czas, kiedy znajdowałyśmy w białostockim parku świecące w nocy kamienie i perły w szkolnym akwarium, ale imienia znaleźć nie mogłyśmy. W końcu eliza nazwała szylę penelopą, bo penelopa czekała tyle czasu na odysa, co szyla na imię. Uważałam, że to mało trafna metafora, bo z zasady nie lubiłam metafor miłosnych i nie wierzyłam w miłość.

Eliza znalazła imię dla penelopy, potem znalazła pracę w krakowskim korpo. Pracowała na stany, co zapewniało jej obfity bonus za godziny nocne. Walizka się wypełniała, czas płynął. W styczniu nie kupiła kalendarza, życia prywatnego nie było od poniedziałku do piątku, a weekendy spędzała ze sobą, bo nikt inny się nie trafiał.

# maska przeciwsmogowa z filtrem, czarna, jedna sztuka, dodaj do koszyka

Podejmując zatrudnienie, poszła na badania do lekarza medycyny pracy. Lekarz ostukał elizę jak drewnianą lalkę i orzekł, że zdolna do pracy, tylko serca nie ma. Zalecił łykać magnez, żeby serce się ponownie wykształciło. Na receptę nic nie przepisał, mówił, że nie warto, bo gdzie indziej to można jeszcze umrzeć na pytanie o sens życia, ale w krakowie wszyscy i tak umrą na smog, będą mieli taki sam napis na nagrobku, więc może od razu lepiej zbiorową mogiłę.

Eliza kupiła na allegro maskę przeciwsmogową z chin i łykała magnez. A kiedy wracała w środku nocy z pracy wycinała z rozdawanego na ulicy dziennika metro idealnie symetryczne serca i chowała je do pudełka po butach. Z czasem pudełek było więcej niż książek i którejś nocy poszła z czołówką przytroczoną do jej wysokiego czoła pod korpo, zakopała pudła, jedno po drugim, pod głównym wejściem do budynku, tym od strony parkingu. Mówiła, że trochę jej ulżyło, ale serce dalej nie chiało się wykształcić.

Zawsze powtarzała, że ma zbyt głęboką depresję, żeby móc zachować ten organ. Przeczytała i uwierzyła, że pacjentom cierpiącym na długotrwałą depresję z czasem zanikają organy wewnętrzne, jakby ich ciała same chciały się unicestwić.

Kiedy szłyśmy na dwa kufle zimnego piwa, bo jeden tak dobrze przystawał do dłoni, mówiła, że nie ma serca, bo nikt jej nigdy nie kochał. Nauczyła się polskiego, angielskiego, nauczyła się liczyć płace i nieszczęścia, ale nie kochać. A nieużywane organy zanikają, tak jak ogon, którym kiedyś homo sapiens merdali jak psy.

Dobrze, że ogon nam zanikł, bo byłoby więcej amputacji niż anoreksji, ale dinozaury mogły spokojnie zostać na ziemi. Przydałby się czasami rosły pterodaktyl, co by mógł strącić skrzydłem kilka korpo gmachów. Wieczorami zamiast filmów można by było oglądać horyzont, a ruiny korporacji zasiedliliby squatersi.

# romet wigry 3, przemalowany na pomarańczowo, wiklinowy kosz z przodu

Spotykam się z elizą po pracy, czyli przychodzę o północy pod jej korpo. Mieszkam blisko, w bezwietrzną noc jadę piętnaście minut na rowerze spod mojego bloku pod gmach korpo. Kiedy wieje, bo nasze osiedle jest najbardziej wietrzne z całej aglomeracji krakowskiej, i wiatr wyczesuje gwiazdy z nieba jak ogrodnik grabiami jesienne liście, rower unosi mi się na wietrze. Wtedy potrafię dotrzeć pod korpo nawet w pięć minut, to mój rekord.

Spacerujemy wokół korpo zawsze odwrotnie do ruchu wskazówek zegara, ale czas się nie cofa, włosy nie odrastają, tatuaże nie bledną. Między jednym a drugim ziewnięciem dostrzegam smutek elizy, zawsze ten sam, niezmienny jak pieprzyk na szyi. Po godzinie odprowadzam ją na jej osiedle, położone jeszcze bliżej korpo niż moje. Osiedle zrośnięte z korpo jak bliźnięta syjamskie płucem. Patrzę jak eliza zwinnie wspina się po bluszczu aż na trzecie piętro, żeby nie obudzić swoich współlokatorek i penelopy.

Wracam na mistrzejowickie wiatry, bo tak nazywa się nasze osiedle. Gwiazdy oświetlają mi drogę, bo latarnie są tu tylko dobrze wyglądającymi atrapami. W tych rejonach krakowa światło dają tylko gwiazdy i księżyc, ale ten sporadycznie, bo to niepospolity leniwiec. Woli leżeć zwinięty w rogalik między sękatymi konarami największego w okolicy drzewa. I tak całą noc.

Nigdy nie pamiętam, w którą stronę przekręcić klucz. Kuba zazwyczaj już śpi i tylko obiecaj czeka na mnie owinięta wokół suszarki na ubrania niczym ornament wokół kolumny jońskiej. Lubię, jak miauczy nocami. Jej głos niesie się przez nasze całe pięćdziesięciopięciometrowe mieszkanie, wynajęte metr po metrze za korpo pieniądze. Echo razem z obiecaj panuje nocami w naszym mieszkaniu. Kiedyś odkryłam, że echo jest bardzo czułe na kształt przestrzeni. Kiedy przewiesiłam ręczniki z kaloryfera na drzwi łazienkowe, śpiewało inaczej, jak myłam włosy.

Myję włosy. Zawijam je ciasno w ręcznik, żeby w nocy nie rozpierzchły się po mieszkaniu jak stado węży i nie zadusiły kuby. Obiecaj biorę pod pachę i wślizgujemy się kubie pod kołdrę. Odsuwa się z lekka, bo moje stopy są jak dwie zimne ryby trzepoczące w sieci. Obiecaj mruczy cicho, chociaż jej nie ma.

# jajecznica na maśle, 6 jajek, 1 cebula, szczypta soli

Jemy jajecznicę. Obiecaj orbituje wokół stołu jak księżyc wokół słońca. Nie interesuje ją sucha karma dla kotów. W ogóle nie interesują ją rzeczy przeznaczone dla kotów. Zamiast sizalowego drapaka woli tapicerkę kanapy, zamiast karmy – salami. Tamtego poranka jajecznica nie przypomina nawet rozjechanego słońca. Nasz związek kruszy się jak tynk ze starego garażu.

Kuba dojada jajecznicę. Przeżute jajka znikają w ustach. Resztki jajek w kącikach jego ust, okruszki chleba na blacie stołu. Pospiesznie wyciera usta ręką jakby właśnie zjadł coś smacznego, jakby czuł się swobodnie w naszych czterech ścianach. Jego gesty są kłamstwem, bo nie ma już siły kłamać ustami. Usta zabrał mu ktoś inny.

Ignoruje obiecaj, która żywo interesuje się sznurówkami jego butów, ale dopiero kiedy zaczyna je wiązać, jakby wprawione w ruch dopiero zaczynały istnieć. Żegna się i wychodzi, obiecaj nie ma. Po zamknięciu drzwi nie ma jej jeszcze bardziej. Zawsze myję ręce kiedy wychodzi, do łokci, jakby woda miała coś zmienić między nami.

# nowych incydentów: 48, 25 telefonów, 23 maile, user details: klara.przetworska

Przyjeżdżam do korporacji. Klara nie je już dwa tygodnie. Utrzymuje, że skoro dieta dla chorych na kamicę żółciową jest bardzo restrykcyjna, to kiedy wyeliminuje wszystkie potrawy, pozbędzie się kamieni. Pije tylko wodę z korpo destylatora, tyle że ona ma dodatek trucizny. Wyciska nad szklanką kilka kropel cytryny jako odtrutkę. Póki co, jest tak słaba, że nie ma siły odbierać telefonów. Pracuje na obsłudze klienta hiszpańskojęzycznego. Hiszpanie dzwonią często, buenos dias, maniana pagamos, muczas grasias, asta luego. Dźwięczne głosy księgowych hiszpanek brzmią jak kostki lodu wrzucane do pustej szklanki.

Nie ma siły podnieść telefonu, robię to za nią. Hiszpańskiego nie znam, odbieram we wszystkich znanych mi językach. Przymierzam węgierski i fińsku, z portugalskim się nie wypuszczam, bo by jeszcze zrozumieli i nie byłoby rady, musiałabym obstawiać dwa stanowiska. Buenos dias, perdona me, muczas grasias, asta luego. Odbieram cały dzień, w przerwach na oddechy modlę się, żeby firma wybuchła przed wieczorem.

Zbyt słabo jednak liczę na wybuch firmy, bo dopiero następnego dnia przed siódmą dostaję esemesa od team leaderki z wiadomością, że tej nocy wybuchła korporacja i nie przychodzimy do pracy, bo nie mamy gdzie. Wkładam spodnie od piżamy i spuszczam nogi z łóżka. Pod stopami czuję chłód drewnianej podłogi i kłęby sierści obiecaj. Wreszcie mam czas to poczuć.

# wiadomość sprzed chwili: krakowski oddział coconut services spłonął tej nocy

Łazienka. Niewyspane, ale szczęśliwe oczy. Lustro brudne, nieważne. Dziś nie okulary a soczewki, chcę zobaczyć, jak wygląda świat poza korporacją. Jadę do business parku, bez korpo smyczy, bez obiadu w plastikowym pudełku, bez kamienia w sercu. W głowie mam same polskie słowa.

Korporacja spłonęła, ale nie do końca. W dzisiejszych czasach rzadko kiedy da się coś doprowadzić do końca. Rzucam okiem na pogorzeliska, rzucam moją korpo odznakę w popioły. Pozostałości po firmie wyglądają jak resztki ogniska dla olbrzymów. W szarym pejzażu popiołów zauważam coś błyszczącego. Bransoletka z zielonymi kamieniami pani sprzątającej. Jeszcze jeden błysk, i jeszcze jeden. Kolejne bransoletki byłych pracowników. Wkładam do kieszeni bluzy. Kiedy mam już wypchane kieszenie, napełniam materiałową siatkę. Bransoletki, pierścionki, naszyjniki, piercingi, które powypadały z brwi i podbródków, kiedy ludzie pracujący na nocną zmianę spłonęli tu żywcem.

Zawsze śmialiśmy się z tych pracujących na drugą zmianę, obsługujących stany i amerykę łacińską, że poza kropo nie mają życia. Byliśmy głusi na własny śmiech. Klara zawsze powtarzała, że dają się doić jak bezpańskie krowy na amerykańskich pastwiskach. Szkoda, że i ona piła mleko w korporacji, a w święta i długie weekendy jeździła do wujka do niemiec, kupować ciuchy w primarku.

#  wyloguj

Nie mam drobnych, mam karty kredytowe. Mam też pytania. Nie mam odpowiedzi, bo nie wiem przez co przemnożyć dni, żeby dowiedzieć się dlaczego tak je spędziłam. Mam w sobie za dużo smogu, żeby zostać, wciąż za mało powietrza, by sama oddychać.

Stoję na peronie z siatką biżuterii z coconut services. Podmuch wiatru z pociągów, które odjeżdżają pachnie morską bryzą. Przymykam oczy, żeby zobaczyć niewiadomą, ale nie dowidzę nawet w soczewkach. Odbijam się w szybie pociągów jak niedobry obiad. Przepuszczam kolejne. Odjeżdżając, zostawiają za sobą pustą przestrzeń dworca.

I mimo że jakaś szminka kradła kubie usta, a cudze perfumy oplatały mu wieczorami szyję jak stryczek, ja chyba wciąż chcę je odzyskać. I chociaż nie potrafiliśmy, to kiedyś nie równa się zawsze. Zacznę gotować i mieć ładne sny. Uczeszę włosy, będę mówić po polsku i nauczę się oddychać.

# pracownicy korporacji kontynuują karierę poza strukturami firmy

Korporacja spłonęła i nie była feniksem. Uśmiechałam się pod nosem, prasując sukienki, bo nie wypadało tak otwarcie. Tomek rzekomo zajął się karierą w modelingu. Brody i wszelkie nawisy z podbródków są teraz w modzie. Wróżą mu, że swoją brodą-pajęczynówką może podbić nawet mediolan.

Klara, próbując wyleczyć się ascetyczno-głodowymi metodami z kamicy żółciowej, nie była świadoma, że od głodówek wytrącają się jeszcze większe kamienie. Po trzech tygodniach nie jedzenia i nie odbierania telefonów rozwinęła kamienie tak duże, że kiedy lekarze je z niej wyciągali, myśleli, że pacjentka urodziła kamienne dzieci. Ustawiła sobie je rządkiem na półce w kawalerce. Rzekomo wyglądają jak obeliskowe niemowlęta z wysp wielkanocnych.

Eliza przestała wspinać się po bluszczu do mieszkania, bo jej współlokatorka ma nowego chłopaka. Uprawia z nim seks całymi nocami tak głośno, że zagłusza dźwięk spłuczki w łazience i kroków po schodach. Poza tym spółdzielnia wydała nakaz usunięcia bluszczu, bo część lokatorów, przez których balkony przebiega roślina skarżyła się na robaki i hałas spowodowany szelestem rosnącego nocami bluszczu.

10 myśli na temat “Przystanek Młodych Ludzi.

  1. jeszczewamnapisze

    Brałam udział w tym konkursie. Zastanawiałam się kto wygrał i dlaczego nie ja. :D Fajnie było trafić na tego bloga. Przeczytałam Twoje opowiadanie i muszę przyznać, że słusznie zostało nagrodzone. Bardzo słusznie;) Pozdrawiam!

    Lubię to

  2. Pingback: Październik 2015 – podsumowanie | Lolanta czyta

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s