Birdman na kozetce. Dominanta realizmu magicznego a psychotyczni bohaterowie w filmie Iñárritu.

Posypało się trochę piór. Błysnęła kula z pistoletu. Spłynęła ciepła krew. Norton napił się na scenie prawdziwego dżinu. Posypało się więcej piór. Birdman wszedł na ekrany. I został niemal równocześnie okrzyknięty filmem kultowym. Oklaski, owacje. I jeszcze więcej piór.

Dość przewrotnie, bo w filmie Riggan (Michael Keaton) łapie na gorącym uczynku znaną krytyk filmową, kiedy ta bezczelnie siedzi w pubie i obsmarowuje jego sztukę jeszcze przed premierą.

A że nad Birdmanem krytycy zapiali z zachwytu niemal jednogłośnie i niemal w chwili premiery, sprawa jest podejrzana. Tym niemniej, rzecz nie o tym, bo nie mi sądzić o wielkości tego dzieła.

Birdman to takie trochę 2in1. Z jednej strony surrealizm. Z drugiej – kompletny realizm. Jak dwuskrzydłowy ołtarz. Film bowiem epatuje realizmem magicznym. Nad Rigganem krąży tytułowy Birdman, czarnopióry super bohater na emeryturze. Riggan umila sobie czas wolny lewitowaniem i psychokinezą przedmiotów. Prowadzi w głowie dialog z Czarnym Opierzeńcem. A w przypływie złego nastroju rozlewitowuje pokój do stanu kompletnej demolki. Wszystko widowiskowe, przyznaję.

W końcowej scenie Sam (Emma Stone) – córka Riggana wchodzi na szpitalną salę, a jego ani śladu. Sprawdza okno, przez które, zdaje się, że wyfrunął. Na chodniku nie krwawi jednak leżący na płask skoczek samobójca. Nikt też nie trzyma się kurczowo rynny dwa piętra niżej. Riggan faktycznie odleciał. A jego sylwetka pewnie majaczy na nowojorskim horyzoncie. Tego nie widzimy, bo Iñárritu to nie kucharz i tego na patelni nie pokazuje.

To wszystko to sztandarowy zbiór elementów realizmu magicznego. Kiedy jednak widz zaczyna rozbierać wspomniane części jak uwiędłą po Świętach choinkę, okazuje się, że to tylko widowiskowa fasada. Riggan ma przecież klasyczne objawy schizofrenii. Słyszy głosy. Dialogizuje z nimi. Miewa napady agresji, kiedy to demoluje pomieszczenia. Ma też urojenia wielkościowe. Birdman nieustannie przekonuje go o jego wielkości. Że nie jest przechodzonym super bohaterem, ale ponadczasowym nadczłowiekiem. Lewitowanie można zaliczyć jako halucynację ksobną. A psychokinezę jako omam wzrokowy. Automatycznie wpisujemy Rigganowi do karty pacjenta „Schizofrenia Paranoidalna” i wypisujemy receptę na Zolafren. Dużo Zolafrenu.

Teraz Sam. W ostatniej scenie widzi ona ojca szybującego nad Nowym Jorkiem. Widzieć może i widzi. Jest ućpana przez większość filmu bardziej niż Sky Ferreira w teledysku do Everything is Embarrassing. Poza tym, idąc za diagnozą Riggana, schizofrenia, jak wszelkie choroby psychiczne, jest w dużej mierze dziedziczna.

Niewykluczony jest też nawet obłęd udzielony. Choć to przypadłość rzadka, ale nie niemożliwa. W takim scenariuszu Sam nabawiłaby się urojeń od ojca. Nie zapędzajmy się jednak w tak kręte a mniej prawdopodobne ścieżki interpretacji psychoanalitycznej bohaterów. Najbardziej prawdopodobna wydaje się schizofrenia Riggana i uzależnienie od narkotyków Sam.

Fasada z realizmu magicznego zastosowana w filmie nie wyklucza więc prawdopodobieństwa pokazanej historii. W żadnym razie nie dyskredytuje to filmu. Wręcz przeciwnie. Czyni go to niewiarygodnym i prawdopodobnym zarazem. Choć to taki niezgrabny oksymoron. Rzecz bardzo podobna jak w Fight Clubie (1999) Finchera. Który, nota bene, też jest filmem kultowym. Też gra w nim Edward Norton. A główny bohater też ma schizofrenię, co widz może jednak zdiagnozować dopiero na samym końcu. Więcej podobieństw między produkcjami szukać nie będę, bo byłoby to szukanie na siłę drobnych w pustym portfelu.

Tak czy inaczej, schizofrenik czy bohater zbudowany na dominancie realizmu magicznego, Riggan jest szalenie ciekawą postacią, zagraną brawurowo przez Keatona. Podobnie jak cały film. Brawura na dwa skrzydła. Polecam.

A dlaczego film taki kultowy, można sobie poczytać na przykład tu.

5 myśli na temat “Birdman na kozetce. Dominanta realizmu magicznego a psychotyczni bohaterowie w filmie Iñárritu.

  1. Brunon Bierżeniuk

    O, bardzo ładnie, że napisałaś parę akapitów również o tym filmie. Fanem twórcy jestem mniejszym, niż Finchera, ale muszę mu oddać, że ma swój styl. Gdybym zajmował się pisaniem o filmach, o tym tytule było by dużo.
    Rzadki przypadek, gdy cały hałas wokół dzieła całościowo uznaję za zasłużony. Jeden z moich ulubionych filmów, jakie kiedykolwiek widziałem w życiu.

    Polubienie

  2. sakayayallah

    Iñárritu mnie pasjonuje, uwielbiam Biutiful, 21 gramów,Babel, Amores perros, a teraz i Birdmana, ale szkoda mi nieco Grand Budapest Hotel… Cóż, nie można mieć wszystkiego.

    Polubienie

    1. Agata Hiacynta

      O dysocjacji dużo już napisali, ale kompensacja dyssocjalna istnieje. Nie będę się kłócić, bo nie mam na to ani siły ani wystarczająco autorytetu. PS. Masz spektakularnie skrótowego bloga. :3

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s