Po pachy w śniegu. Po szyje w eksrementach. Sylwester 2015.

Śnieg sypie w twarz. Rajstopy gryzą w uda. Drapie metka od czapki. Łyk pigwowego Soplicy. Miłe ciepło wzdłuż przełyku. A naokoło – ziąb i miernota meteorologiczna. Idziemy na Turbacz przez śnieg tak wysoki, że nawet nas z niego nie widać. Zachciało się Sylwestra w górach, na łonie natury. A że łono natury przywalone śniegiem, to weź bądź tu mądry.

Na Turbacz idziemy od strony Rabki. Wiadomo, najdłuższa droga. Co się będziemy oszczędzać.

On ma największy plecak. Podłużny i strzelisty. Wygląda jakby spakował całą Florkę (3-letnia siostra). Bogu dzięki Florki nie spakował, ale i tak wziął ze sobą pół dobytku. Miejska koszula w kratę. Musztardowe spodnie. Stylowe sweterki o delikatnym splocie. Kanapki ze swojską kiełbasą z dzika. Sos domowego wyrobu. Nawet maszynka do golenia się trafiła. Kiedykolwiek gdzieś jedziemy, on ma minimum dwa razy tyle co ja. Tak wypchany plecak pełni dwojaką funkcję. Raz, że grzejnika. Dwa, że mini siłowni. Bo wtaszczyć tyle kilogramów na górę to konkretny wysiłek.

Docieramy na górę. On – bufallo dwa na dwa. Ja – zamarznięta na kość. Z oszronionymi na biało kosmykami włosów. Wszystkie dziewczyny idące na górę z naszą grupą postarzały się o kilkanaście lat w trakcie podejścia. Wszystkim wystają spod czapek białe włosy.

Pokój w schronisku jest bardziej przestronny niż nasza nowa 28-metrowa kawalerka. Mieści 21 osób. Wszystkie łóżka piętrowe, bo inaczej byśmy się nie wcisnęli. Jest 17.00. A my tak umordowani, że połknąwszy w biegu placki ziemniaczane i kotlety z oscypka zasypiamy na piętrowych pryczach woniejących potem wcześniejszych użytkowników i ziejących dziurami jak sieci do łowienia rekinów. Budzimy się po godzinie. Sini z niewyspania. I półprzytomni. Wszyscy nasi znajomi obchodzący Sylwestra w stołecznym mieście Krakowie właśnie kończą makijaże, dopinają sylwestrowe suknie i zawiązują krawaty.

Wstaję. Dokładam jeszcze jedną parę skarpet. Stopy mam już wielkości stóp Shreka. Idziemy pić. Bo co nam pozostało. Kupiłam w Biedronce dzień wcześniej papierowe czapeczki karnawałowe. Poza sztucznymi ogniami (ktoś zlitował się i zadbał o ten kultowy element Sylwestra) nie mamy żadnych innych elementów wskazujących, że to właśnie noc przełomu roku, a nie zwykła noc spędzona w schronisku.

Pijemy co nam wpadnie w rękę. Ja siedzę po turecku na jego kolanach. Kłuję go biedronkową czapeczką raz w jedno, raz w drugie oko. Mimo tego, że ciuchów zabrał jak na pokaz mody w Mediolanie, siedzi w koszulce termicznej. Na dole: narciarski spodeń. Do tego, rzecz jasna, biedronkowa czapeczka sylwestrowa. Po godzinie picia, nawet w tym stroju, jawi mi się jako król stylizacji. Mi udało się wygrzebać z kosmetyczki wściekle czerwony błyszczyk z Rossmanna. Trzyma się ust tak mocno, że nie schodzi nawet następnego dnia rano szorowany pastą do zębów na zmianę z szarym mydłem, co zapewnia mi utrzymanie statusu królowej wizerunku także dnia następnego.

Na piętrze schroniska jest nawet sala taneczna. Chociaż lepiej żeby była to sala taneczna dla głuchoniemych. Muzyka odstrasza bardziej niż pajęczyny wiszące w rogach. Kawałki jak z bardzo mało udanych dyskotek szkolnych. Poprzeplatane jakąś jeszcze mniej fortunną sieczką rapu i techno. Tańczymy ile się da. Czyli jakieś pół godziny. I wracamy pić.

Nowy Rok witamy przed schroniskiem. W śniegu po szyje. Odgarniamy brodami śnieg, zadzieramy głowy i podziwiamy fajerwerki, które jacyś śmiałkowie poważyli się odpalić na szczycie Turbacza. Dzwonimy do Carlosa, chłopaka Dominiczki. W Sylwestra można prędzej kupić niedźwiedzia polarnego z paprotką w bonusie niż dodzwonić się do Polski. Ale do Portugalii dodzwaniamy się w 10 sekund. Stukam coś tam po portugalsku. Carlos coś tam odpowiada. Nic nie rozumiem. Jeszcze mniej słyszę.

Na zwieńczenie celebracji próbuję zapalić sztuczne ognie od drugiej strony. A potem to już tylko idziemy do łazienki popstrykać sobie tęczowe samojebki w zarzyganym lustrze. A że łazienka na dole, strop niski, to schodząc, miażdżymy sobie czapeczki z Biedronki na płask.

Spać idziemy po pierwszej, bo tańczyć się nie da. Muzyka uniemożliwia dłuższy pobyt na parkiecie. Spacerować się nie da, bo brody odmarzają od odgarniania śniegu. A ile można jeść i pić. Po pierwszej zalegam już więc na górze swojego piętrowego łóżka. Przychodzą jeszcze jakieś sylwestrujące niedobitki ciągnąć mnie za nogi i ręce, co bym dołączyła do celebrowania. Ale ja wycelebrowałam już swoje. Chwytam się kurczowo belki i zasypiam.

W nocy budzi mnie chrapanie jakichś 10 osób. Stopery mam. Różnokolorowe. Z Rossmanna. Ale cholera wie gdzie. Idę do łazienki. Spuszczam się z piętrowego łóżka po belce jak błędny strażak. Wchodzę do pierwszej łazienki – osrana i orzygana gorzej jak toi-toi po Openerze. Wchodzę do drugiej – gorzej. Wchodzę do trzeciej – okazuje się, że może być jeszcze gorzej. Do czwartej nie wchodzę. Wracam do pierwszej. I obiecuję sobie, że to będzie sterylny rok.

Nie schudnę, nie nauczę się chińskiego ani jazdy na snowboardzie, ale będę żyła w sterylnej czystości.

4 myśli na temat “Po pachy w śniegu. Po szyje w eksrementach. Sylwester 2015.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s