Drwaloseksualni, do siekier! Jodełka jedzie.

Grudzień. Biorę L4 jak gazetę z kiosku. A bo zapalenie spojówek. A bo to, bo tamto. Jadę po choinkę. Do Obi. Bo jak wiadomo, „wszystko w Obi”. Jadę, a tu Edytka pisze, że była wczoraj. Że choinkę pozyskała. Że tam jest choinkowe niebko. Tak pieje z zachwytu nad drzewostanem Obi, że po piątym esemesie zaczynam wierzyć, że urodziłam się po to, żeby jechać w tym roku do Obi po choinkę.

„Dawaj zdjęcia” pisze Edytka. „Kiedy ja nie w Obi. Kiedy ja dopiero na Rondzie Mongolskim.” Poza choinką, nowy telefon też by się zdał na Święta.

Z Mongolii do Obi na Bora-Komorowskiego długa droga. Ale w końcu docieram. Zapalenie spojówek nasila mi się na samym progu. Okazuje się, że faktycznie mają tu wszystko. Diamentowe aniołki. Brokatowe renifery. Nawet Jezus z cekinów się trafi. Nic to. Brnę przez tych Jezusów. Choć, jak nakazuje tradycja, powinien być jeden. Co otrę się o jakiś posążek, to brokat osypuje się jak lawina w Tatrach. Przy skrzatach ogrodowych robi się lżej na oku. W dziale z grabiami można już rozglądać się swobodnie, bez narażenia na gwałt spojówki.

Choinki stoją równym rzędem jak pionki do gry w szachy. Obok gość zapamiętale obcina choinkom korzenie. „Te wszystkie to kikuty bez korzeni?” zagaduję. „Gdzie tam.” drze się znad piły. „Te tamte jodełki ukorzenione jak zęby. Pani sobie w ogrodzie posadzi”. Ba, żeby jeszcze ogród był. Nadymam się lekko, że wyglądam na posiadaczkę ogrodu. I krokiem potentatki ziemskiej kieruję się do wskazanych jodełek.

1,5 metra drzewa. Biorę najgęstszą z dostępnych. Co prawda trochę krzywa, ale jak się bombek uwiesi, to kto tam będzie patrzył. Dobieram gustowne blaszane wiadro z Mikołajem jako osłonką na doniczkę. Wysmakowany vintage. Płacę i wychodzę. Choć skoro „wszystko w Obi”, to poza Obi nie powinno być już nic.

A tu jest. Zaskakująco długa droga na przystanek. Z choinką. Jest ciężka jak zdechły bawół. Dowlekam się w sam raz na autobus. Wsiadam i Bogu dziękuję, że stworzył linię 502 w Krakowie. Spod Obi aż pod Stadion Cracovii. Chociaż powinnam chyba dziękować Zakładowi Transportu Miejskiego. Autobus załadowany ludźmi jak Bershka na wyprzedażach. Napierają na mnie i na choinkę. Nie znają litości. Ci w lżejszych kurtkach, pokłuwszy się igłami, odskakują od drzewka jak niepyszni.

Na Pilotów dosiada się pies. Szary sznaucer. Stają z właścicielem koło choinki. Pies minę ma taką, że tylko patrzeć kiedy podleje mi drzewko. Albo i co gorszego zaaplikuje do donicy. Wysiadają przy Galerii Krakowskiej. Nie ma to jak z psem na zakupy. Autobus przerzedza się jak las iglasty przed świętami. Jest jak przejść. I zaczyna się. Podchodzą do mnie. W różnym wieku i o różnej budowie. Sami faceci. „Ole ładna jodełka. Skąd to się takie bierze?” „Z Obi.” „A drogie to takie jodełki?” „60 zł. Z korzeniem. I donicą.” „Piękna. Doprawdy piękna.” Zdejmuje taki czapkę. Nabożnie. Bo choinka taka piękna. Rozpina kurtkę, rozgrzany zachwytami nad choinką. A tu broda jak stąd do Helsinek. Drwaloseksualny. Dziwne, że jakaś zgrabna siekierka nie wystaje mu z vintage’owego plecaka w sowy.

„A co robisz wieczorem?” „Herbatę z miodem i cytryną mojemu chłopakowi. Bo chory.” Drwaloseksualny obrzuca mnie posępnym wzorkiem. Zapina kurtkę. Przycina sobie brodę. I wysiada na następnym przystanku. Sytuacja powtarza się jeszcze z pięć razy. Bo co jeden drwal wysiada, to wsiada dwóch kolejnych. Bogu dzięki, że żaden nie jest wyposażony w siekierę, bo odrąbali by mi nie, że choinkę, ale i głowę.

Odparłszy zmasowany atak drwalich podróbek, wysiadam z autobusu. Salwator. Teren wolny od drwali. Dla odmiany obskakują mnie matki z dziećmi. „A skąd taka ładna choineczka?” Stukam swój tekst. Że Obi. Że 60 zł. Że z korzeniami. Że wiadro z Mikołajem trzeba osobno dokupić. Obi powinno nie że dać mi choinkę darmo, to jeszcze sowicie dopłacić za tak szeroko zakrojoną akcję promocyjną. Ale niech mają. W końcu Święta. Reklamuję full charytatywnie.

Wtaszczam na czwarte piętro. Teraz to już złorzeczę pod nosem. Nie dość, że daleko z tego Obi jak z Mongolii. Choinka wielka jak dąb. Ciąży mi już nie jak zdechły bawół, ale jak dwa. Pokłuta jestem jak jeż na ołówki. W dodatku ten blaszak z Mikołajem na doniczkę. Świąt się zachciało.

Drugie. Trzecie. Czwarte. Jestem. Natykam się na kogoś. Niespecjalnie wiem na kogo, bo choinka zasłania mi szczelnie widok z każdej strony. Za gęstą wzięłam. Sąsiadka. „O jaka ładna choineczka. A skąd to ona? Z lasu?”

„Obi. 60 zł. Z korzeniem. Wiadro z Mikołajem trzeba dokupić osobno.” Warczę pod nosem i zatrzaskuję za sobą drzwi.

9 myśli na temat “Drwaloseksualni, do siekier! Jodełka jedzie.

  1. Pingback: Mistrzejowicka wiosna. Choinkowy badylak. I kieszenie szczęścia. | Kałuża Pełna Mirabelek

  2. Ems

    Już zaczęłam obmyślać chytry plan, jak to jutro zapoluję na choinkę w Obi i przy okazji na drwaloseksualnego (ponoć najmodniejszy dodatek sezonu), ale przypomniałam sobie, że na mojej drodze z Obi do domu co najwyżej pojawiają się meneloaseksualni (passe od zamknięcia Stadionu Dziesięciolecia) i nerdoaseksualni (miniony sezon) oraz totalnieaseksualni (nigdy w modzie).

    Polubione przez 1 osoba

  3. Kasia w Krainie Deszczowców

    W dublinskim Ikea (wiesz to taki sklep szwedzki jak konspiracyjnym szeptem dodaja dublinczycy majacy pierwszy i jedyny na wyspie ten sklep otwarty jakies 4 lata temu) choinke kupisz za 30 euro I dostaniesz kupon na 20 do wydania w styczniu. Mowie Ci pani, takie okazje! ;)

    Polubione przez 2 people

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s