Plastikowe czołgi. Pożoga z ketchupu. I kilka koreańskich parasoli. Wypiski z filmowej niedzieli.

Poniedziałek. 6.00. Budzimy się zmięci jak pościel. W pokoju niemrawy, szary poranek. Za oknem jeszcze bardziej szary smog. On wstaje. Jeszcze przy śniadaniu ma na policzku odgniecione guziki od pościeli. Zgrabna metafora poniedziałku. Szkoda, że za bycie metaforą nikt nie płaci i do pracy iść trzeba. On wychodzi. Dwie godziny później jadę do korpo. 572 tak pruje przez smog, że na 9.30 zdążę ujechać na Marsa, a nie na Rondo Ofiar. Szczerze? Nie miałabym nic przeciwko.

Weekend krótki, bo jednodniowy. Sobota wycięta z kalendarza. Bo zajęcia. Podyplomówki się zachciało. Raz, że trzeba wstać. Dwa, że trzeba spędzić sobotę w pozycji wertykalnej. Mało mi to w smak, ale że impreza opłacona z góry, nie ma rady.

Niedziela. Już lepiej. Większy potencjał na pozycję horyzontalną. Idziemy na „Miasto 44”. Do Multikina. Bo On ma darmowe bilety. Da się półleżeć cały seans i jeść chipsy błonnikowe. Bo, uchowaj Boże, popcorn i crispersy w przykinowym baryku podają tu w cenach dla Norwegów. Na film idziemy nie z zamiłowania do kina patriotycznego czy wojennego, tylko z wygody. Jest to jedyna godzina seansu, która nam pasuje. Bo przez resztę niedzieli planujemy nic nie robić. A na to trzeba mieć czas.

Jeszcze dwa dni temu zapierałam się rękami i nogami przed tą produkcją. A że Hollywood po polsku. Biczowanie się historią. Seks na czołgach. Plastikowe bagnety. Krew i pożoga z ketchupu. Okazuje się, że nie jest tak kiepsko. Czołgi i bagnety prawdziwe. Seksu trochę jest, ale da się go strawić. Za to efekty specjalne na miarę „Grawitacji”. Jak w „Grawitacji” latali astronauci, tak w „Mieście 44” latają pourywane ręce, nogi, wątroby i inne, trudniejsze do zidentyfikowania części ciała.

Swoją drogą, „Grawitacja” to najbardziej znienawidzony przeze mnie film. Księgowałam go całą ubiegłą jesień, jak jeszcze pracowałam w korporacji Braci Warnerów. A to hełm kosmiczny dla George’a Clooney’a. A to fryzjer dla Sandry Bullock. Pracy miałam tyle, że całkiem serio podejrzewam, że byłam jedyną księgującą to osobą na świecie. Na film poszłam. Ubrałam okular 3D. I ani przez chwilę nie czułam sprawczości swojej pracy. Pewnie dlatego „Miasto 44” bardziej przypadło mi do gustu. Tutaj palcem nie kiwnęłam, żeby zaksięgować fruwające łydki.

Źle nie było, ale jest kilka momentów, które lepiej by zrobiły dla filmu, gdyby je ktoś w porę wyciął. Przykładowo, para całująca się między lawirującymi pociskami wroga. Robią przy tym uniki i wygibasy jak na castingu do „Matrixa”. A o „Matrixie” w czasach powstańczych nikt nawet jeszcze nie myślał.

Poza niemieckimi kulami penetrującymi ciała powstańców występuje też penetracja seksualna. Wiadomo, film bez seksu się nie sprzeda. Nawet jeśli jest o powstańcach, a seks pasuje tu jak kaktus do schabowego. A zatem kolejny fragment, który jakiś nieszczęśnik omieszkał wyciąć przy montowaniu materiału, to scena seksu. Przeplatana migawkami powstańców nacierających z grantami na wojsko wroga. W tle transowa muzyka jak ze świętej pamięci krakowskiego Off Centrum. Ani to ładne, ani pasuje. A jest.

Po filmie idziemy po sąsiedzku do Łukiego. Znowu na film. Tym razem celujemy w ciężkie, męskie kino. Pranie po mordzie. Kijem bejsbolowym pod żebra. Sygnetem w jaja. Coś między „Pulp Fiction” a „Fight Clubem”. „Oldboy”, podrzucam pomysł. Bo widziałam kiedyś trailer w kinie. Fakt, robił wrażenie. Ale i z najmarniejszego wypierdka kinematografii przy odrobinie dobrych chęci da się ukleić ciekawy, 3-minutowy trailer. Tutaj udało się to spektakularnie. Trailer przerasta film o głowę.

„Oldboy” nie zaczyna się obiecująco. Brudno, szaro, nijako. Przekonujemy siebie nawzajem, że przecież nie wszystko złoto, co się świeci i że pozory mylą. Marny początek przegryzamy chipsem i oglądamy dalej. Dalej nie jest lepiej. Historia opowiada o gościu, któremu niewiele brakuje do bycia kompletnym skurwysynem. Zły, przedmiotowo traktujący kobiety, nie pamiętający o urodzinach córki. Ani się z nim nie da zidentyfikować, ani specjalnie znienawidzić, bo z kałasznikowem przecież nie chodzi i ludzi po ulicach nie wystrzeliwuje.

Kiedy rzeczony (anty)bohater zostaje uwięziony przez tajemniczego oprawcę w pokoju hotelowym na 20 lat, to aż się pospaliśmy z wrażenia. Historia tak mało prawdopodobna jak ewentualność zlądowania spodka kosmicznego na dachu mojego bloku. Misterny plan – typ zostaje wypuszczony po 20 latach jak rekin z przymałego akwarium. Przez ten czas zdążył rozbudować się jak młodszy brat Schwarzeneggera i nauczyć walczyć jakby wychował się na klasykach kina Kung-fu.

Potem następuje skomplikowany wątek zemsty sprzed lat. Azjatyckie fatum. Trochę seksu. Przypadkowe kazirodztwo. Plus kilka koreańskich parasoli. Nic specjalnego. Zdążyliśmy się ocknąć na kilka scen walki, ale na krwawym finale co najwyżej ziewnęliśmy synchronicznie.

Dobranoc.

3 myśli na temat “Plastikowe czołgi. Pożoga z ketchupu. I kilka koreańskich parasoli. Wypiski z filmowej niedzieli.

  1. yaror1967

    Jak to dobrze, że w demokracji, a na gościnnych blogach w ogóle, można mieć zdanie odmienne. Może dlatego, że mój wkład w rzeczoną „Grawitację” polegał li-tylko na zakupie jednej z miliona kopii…
    Film podobał mi się wybornie. Bowiem trudno nadać dramatyzmu filmowi, dysponując dwoma ( w porywach trzema) aktorami, czernią kosmosu i szybkimi komputerami. A tu się – i owszem, wg mnie – udało. Może dlatego, że fantastykę pożeram w całości, czasami tylko wypluwając pestki..?
    O „Mieście…” nie wypowiem się. Z nieznanych powodów robię wszystko, byle odłożyć film na później… Zadziwia mnie to, dlatego, że od plastikowych modeli zaczynałem przygodę z modelarstwem, kończąc je na – omen omen – plastikowych czołgach, które to, jako tytuł, mnie tu przywiały…
    Pozdrawiam.

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s