Bar imaginacyjny i pies w panierce. Czyli ponowoczesność w korporacji polskiej.

Witam byków. Tomek wchodzi do korpo i rzuca przywitanie chłopakom z IT. W kącie open space’u siedzi wciśniętych dwóch. Jeden faktycznie byk. Zodiakalny.

Każdy facet w korpo to Rychu. Ricardo. Rysiek. Rysiu. Chłopcy z IT z czasem wprowadzili uproszczoną nomenklaturę pracowników. Wszyscy Rysie. Za wyjątkiem Włocha. Uśmiechnięty jegomość o wdzięcznym nazwisku Severo został polskim Sewerynem. I Portugalczyka João. Nie dość, że dawne portugalskie imperium upadło, to jeszcze imiona nie do powtórzenia dla obcokrajowców. Portugalskie nosówki. Na biedaka wołają Źuan. Spolszczona hispanizująca wersja dumnego, portugalskiego imienia. Lepszy byłby już swojski Rychu. Co drugi Rychu to byk. Jeśli chodzisz na siłownię przynajmniej raz w miesiącu, a o tym razie nie omieszkasz wspomnieć na open spejsie, jesteś bykiem.

Jak przyszłam do firmy, to mało co działało mi na komputerze. W tej kwestii niewiele się co prawda zmieniło, ale wtedy musiałam iść z tym do IT. A że słyszałam, jak jeden do drugiego Rychu to, Rychu tamto. Drugi do pierwszego tak samo. Myślę, zbieżność imion. Zachodzę i mówię, Ryszardzie, komputer niedomaga. Zdębieli jak krowy, którym na pastwisku wylądował statek ufo.

Dzisiaj Rychy jedli chinola. Proste, rzekomo pożywne. Tanie. Pies w panierce, ryż, surówka. My z Edytką zamawiałyśmy pierogi. Agata na sam widok ulotki przestrzegła nas, żebyśmy nie brały tych z kurkami. Bo mają dużo igliwia. Poszłam więc w klasykę. Kapusta i grzyby. Pre-bożonarodzeniowe. Szkoda, że nie miałam w korpo szafce jakiejś zbłąkanej paczuszki barszczu instant w proszku. Edytka miała. Kisiel frugo. Mogłyśmy urządzić najbardziej eklektyczną korpo kuchnię w regionie, ale nie było jak dopchać się do czajnika, zalać kisiel. Ilość czajników na 160 osób: 2 małe. Mikrofalówek: jedna. Zmywarek: dwie. Działających: jedna. A kuchnia napchana ludźmi jak Rynek Główny gołębimi kupami.

Przychodzą pierogi. Przywozi je tzw. Pan Pieróg. Dziadek na motorze. W czarnej skórze. Z wyrazem twarzy ni to ekshibicjonisty ni to zboczeńca. Posapuje dychawicznie. Chociaż jeździ na motorze, a zamiast schodów używa windy. Sprawia wrażenie, jakby zawsze był tuż po akcie kopulacyjnym. Chyba, że siedzenie motoru tak go stymuluje genitalnie. Biorę pierogi od Pana Pieroga. Wyciągam plastikowe sztućce z mojego kubeczka na długopisy i ołówki. Niby szczyt hipsterstwa, ale weź tu żyj i jedz, jak korpo sztućców zawsze braknie.

Moje pierogi okazują się gniotkami ciastowymi inspirowanymi pierogiem polskim. Po raz kolejny przekonuję się, że życie w korpo też może być ponowoczesną przygodą. Nie trzeba od razu bunkrować się na mieszkaniu z Ulyssesem Joyce’a i całym chlebakiem space cake’ów.

Jeśli nie chcesz zamawiać psa w panierce, gniotków ciastowych ani innych obwoźnych specjałów lokalnych dostawców, to tuż pod korpo mieści się Sodexo Lunch Bar. Jest to bar imaginacyjny. Prawdopodobnie jedyny w mieście. Zamawiasz danie. Dajmy na to, placki po zbójnicku. Zamykasz, oczy, jesz. I wyobrażasz sobie, co jesz. Bo sodexowe jedzenie ma tę właściwość, że jest pozbawione smaku. Można sobie zamawiać to samo dzień w dzień. Poczciwego placka po zbójnicku. I codziennie wyobrażać sobie inne wiktuały na talerzu. Pracodawca bardzo dba więc nie tylko o rozwój zawodowy pracowników, ale także o naszą wyobraźnię i kreatywność, sytuując biuro w tak strategicznym miejscu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s