Mordor na Giewoncie. Czyli nosiciele książek w Tatrach.

Florka (lat 3) bierze mnie do pokoju i oznajmia: „Będziemy robić pan Jacki”. Błysk w oku. Kolczyki biedronki w uszach. Rezolutność +10. Zachodzę w głowę, co i jak. Żaden pan Jacek nie mieszka w okolicy. Ale że Florka cechuje się asertywnością większą niż konsultant Alior Banku, podążam skwapliwie za nią.

Jeden pan Jacek. Drugi pan Jacek. Jeszcze jeden pan Jacek. Florka robi pajacyki. Profesjonalnie, jakby była certyfikowaną cheerleaderką amerykańskiej drużyny futbolowej.

Po czym, równie ochoczo, zabiera się  do pokazywania mi plecaków, torebek, piórników. Wszystko różowe, puchate, osypujące się cekinami. Z jedną z torebek można by z powodzeniem zaudać się do krakowskiego klubu Shine i lśnić na tamtejszych parkietach.

Wróciliśmy z gór. Jesteśmy przejazdem przez Rabkę. Florka występuje w Rabce. Tak jak dziewięćsił pospolity występuje w Polskich Tatrach. Florka jest lokalną atrakcją. Ma więcej energii niż pozostali członkowie rodziny razem wzięci. Pomnożeni przez dwa. Jest zaziębiona. Wyciera nos rękawem piżamki i, dla odmiany, sięga po puzzle. Świnka Peppa. Florka wykazuje się tak biegłą znajomością obrazka, że układa całą gromadkę świnek szybciej niż krakowscy robotnicy dachówki na blokach. Siedzimy przy stole we trójkę. Sławek, Łuki i ja. Przyglądamy się kolejnym świnkom wyłaniającym się z puzzli. Sapiemy jak stado starych psów myśliwskich po polowaniu. Tak umęczyły nas góry. Góry są piękne na obrazku. Jak nie ma mgły dookoła, 10-kilogramowego plecaka na plecach i odcisków na piętach.

Widok z Giewontu był olśniewający. Dosłownie. Słońce tak dawało po oczach, że niespecjalnie było co widać. Okularów przeciwsłonecznych, rzecz jasna, nie wzięliśmy. Ale już „Przyjdzie Mordor i nas zje”, powieść Ziemowita Szczerka to mieliśmy. Na wszelki wypadek. Jakby szlak nudny i nie było co robić na szczycie. Sławek, nosiciel książki, powinien się cieszyć, że Szczerek dobił raptem do 250 stron. Jakbym celowała bardziej w klasyków i trzeba było tarabanić, dajmy na to, „Braci Karamazow” Dostojewskiego, tysiąc stron, twarda okładka, to byśmy co najwyżej na placku ziemniaczanym na Hali Kondratowej poprzestali. A i to, z językami na brodzie.

Szlak zajmuje nas tak bardzo, że ledwo mamy siłę otwierać buzie do rozmowy. Na szczyt docieramy milczący i skupieni. Opadamy na skały i zasypiamy na miejscu. Nikt nas nie okrada. Raz, że pod samym krzyżem niespecjalnie wypada bliźniego rabować. Dwa, że plecaki ciężkie jak kule armatnie, to i nie ma jak. Budzi mnie własne chrapanie. Bogu dzięki, że to ja, a nie toczący pianę z pyska wilk. Choć wokalnie niewiele nas różni.

Schodzimy. Chłopcy objuczeni jak osły w Palestynie. Cieszę się pod nosem z własnej płci. Lepiej jak Ci wnoszą Szczerka na Giewont, niż tachać go samemu. Potem Rabka. I Florka.

Tymczasem poniedziałek. A ja siedzę skulona przed monitorem w korpo jak babcia w poczekalni do geriatry. Zakwasy mam wszędzie. Najbardziej pod żebrami. Znamienne. Byłam w górach. Nie na pływalni. Starość nie radość. Zaawansowany stopień korpo uwiądu. Jedni wzorują się na papieżu, inni na Beyoncé, jeszcze inni na Sandrze Bullock. Dla mnie wzorem jest Florka. Szkoda, że niedoścignionym. Przydałoby mi się jej zdjęcie w korpo. Szczególnie, kiedy przysypiam nad komputerem i budzę się z klawiaturą odciśniętą na czole.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s